Szybkie maratonowe podsumowanie

Ostatnio robię sobie mały maraton teatralny. Do tej pory byłem na spektaklach „Torqueville…” (opisany wcześniej), „Król kier na wylocie”, „Bohaterowie przyszłości”, „Kamienne niebo zamiast gwiazd”, a dzisiaj/wczoraj wróciłem z „(A)pollonii”.

Każdy ten spektakl zasługuje na trochę słów. Nie dlatego, że ktoś miałby to przeczytać i tym się przejąć, tylko dlatego, że łapię się ostatnio na tym, że szybko mi spektakle ulatują z głowy. Filmy też, ale je łatwo odświeżyć. A takie „Opowieści afrykańskie…”, które widziałem o ile mnie pamięć nie myli dwa lata temu, praktycznie są już dla mnie nie do odtworzenia. Dlatego warto skrobnąć choćby te kilka zdań podsumowania, żeby do nich wrócić i pewne sceny odtworzyć. Pewne wrażenia przynajmniej.

Po „Kronosie” miałem wrażenie, że Garbaczewski jest mi jednak bliskim reżyserem. Nie miałem z nim takiego problemu jak z Warlikowskim – obiektywnie świetne spektakle, ale jakoś tak nie mogą mnie zachwycić. Zadowolić owszem, ale nie zachwycić. Dlatego, że Warlikowski to jednak mainstream. Dramatyczny mainstream. Świetny dramatyczny mainstream. Dramatyczny w znaczeniu związany z dramatem i z tekstem.

Kiedy obejrzałem „Kamienne niebo…”, zrozumiałem jednak, że Garbaczewski gra do tej samej bramki co Warlikowski. Problem polega na tym, że jest w o klasę niższej lidze. Daleko mu do finezji Warlikowskiego. Pomimo, że „Kamienne niebo…” było naprawdę dobre, to jednak w porównaniu z „(A)pollonią” wypada blado.

Mimo to kiedy przychodzi czas na aplauz po spektaklach Warlikowskiego i cała widownia wstaje, ja zawsze mam mieszane uczucia. Owszem też wstaje, bo efekt tłumu, bo głupio siedzieć i bo lubię widzieć aktorów, a za murem ludzi wiele nie zobaczę. Ale nigdy oglądając jego spektakle nie przechodzi mi przez myśl, że „och to jest tak świetne, że od razu wstanę na brawach”. Można uważać to za głupie myślenie, ale dla mnie ono wyraża pewne podejście do tego typu teatru.

Bo jakkolwiek doceniam i „(A)pollonie” i „Kamienne niebo…”, tak uważam, że to nie jest teatr, który mnie obchodzi, który mnie interesuje. Oczywiście chętnie obejrzałem oba spektakle, a jak! Nawet poszedłbym drugi raz za tę samą – niemałą – cenę! Ale prawda jest taka, że z całego dotychczasowego maratonu teatralnego najbardziej poruszyli mnie „Bohaterowie przyszłości”.

Mały spektakl, który wygląda jak efekt jakichś warsztatów, w którym występują aktorzy amatorzy w wieku szkolnym, który pewnie już nie będzie grany, a już raczej na pewno nie wejdzie do stałego repertuaru Komuny // Warszawa. Krótki (45 minut), z kilkoma niedoróbkami, pokaz na który przyszło może 20 osób, a na koniec zostało 10. Jak luba, która widziała spektakl usłyszała, że podobał mi się bardziej niż Warlikowski i Garbaczewski, to się popukała w czoło.

Ale co ja poradzę, że oglądając „Bohaterów przyszłości” miałem dreszcze, głowę pełną pomysłów i inspiracji, a każdą scenę chłonąłem całym sobą wstrząśnięty i poruszony, a siedząc na Warlikowskim rozpierałem się w fotelu i spokojnie, z przyjemnością wchłaniałem to co reżyser podawał? Oba odbiory pozytywne, ale to spektakl w Komunie wyrył mi w głowie swoją nazwę i powiedział „DO MNIE JESZCZE WRÓCISZ”.

Pewnie jestem niedojrzały.

Ja w teatrze szukam eksperymentów, łamania formy, nowatorskich rozwiązań. Nie dla samego faktu, nie po to żeby zaskoczyć. Tylko dlatego, że to jest spotkanie żywych ludzi z żywymi ludźmi. W filmie albo literaturze można się skupić na treści, bez ingerencji w formę (aczkolwiek i ona od czasu do czasu jest mile widziana). Bo nie ma spotkania. Tworzę coś co mój odbiorca odczyta za miesiąc, rok, sto lat. W teatrze akt tworzenia jest żywy i dostępny widzowi, a przecież forma dzieła jest równie interesująca jak sama treść. Zawsze jestem zafascynowany stolikiem technicznych. Dla mnie to też część spektaklu. Niech więc ktoś bawi się tą formą, wykorzysta to, że tu jestem.

W „(A)polloni” tylko w dwóch monologach panowie decydują się na delikatną interakcję i zadają pytanie publiczności. Pytanie, które równie dobrze mogliby zadać sobie w lustrze. Nasza odpowiedź nie ma tu znaczenia. Nie jestem fanem wciągania publiczności w działania, przynajmniej nie w sposób nachalny, ale jak rok temu na jednym ze spektaklo–koncertów podczas festiwalu Ciało/Umysł, aktorzy dali dwie litrowe wódki widowni, żeby każdy brał łyk i podawał dalej, to byłem zafascynowany. Proste, a genialne.

Warlikowski w (A)polloni jak zwykle korzysta z pomieszczeń. Nie wiem czy to jego ulubiona scenografia, czy ulubiona scenografia scenografki, czy może ja trafiam na spektakle, w których zawsze są pomieszczenia. Niemniej to fajne rozwiązanie. W „(A)pollonii jedno takie pomieszczenie ma ściany nie z tradycyjnych, przezroczystych, plastikowych szyb, ale z czegoś działającego jak lustro weneckie. Jeżeli w środku nie pali się światło, widownia nie widzi co się w nim dzieje. Jeśli światło się zapali, widowni widzi wnętrze, ale za to aktorzy w środku nie widzą widowni tylko własne odbicia.

Po pierwsza genialna sprawa grać w czymś takim. Chciałbym. Po drugie to idealna metafora współczesnego klasycznego (mainstreamowego) teatru. Oni nie tworzą czwartej ściany, tylko lustro. Bo do ściany się nie gada, ścianę się ignoruje. A oni do nas gadają, widzą nas. Ja lustro też widzę i czasami gadam do swojego odbicia więcej niż do żywych ludzi. W tym rzecz, że oni traktują nas jak odbicie. Bez interakcji.

Łamanie formy to dla mnie dialog.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s