Życie codzienne bez głębszej refleksji

życie codzienne na talerzu

To nie będzie kolejny smutny wpis o smutnych rzeczach. Byłem w teatrze i to nie byle jakim, bo w Komunie//Warszawa, na spektaklu „Tocqueville. Życie codzienne po wielkiej rewolucji” w reżyserii Grzegorza Laszuka.

Krótko – jakoś wybitnie poruszony nie jestem. Nie mówię, że spektakl był zły, wręcz przeciwnie – na pewno warto się na niego wybrać, bo nie wykluczam, że wielu osobom może się spodobać.

Kiepski ze mnie krytyk teatralny, więc wbrew pozorom nie pokuszę się o recenzje spektaklu. Był on natomiast przyczynkiem do kilku refleksji, które postanowiłem zapisać ku pamięci.

Życie codzienne pełne pomysłów

Tak, zdecydowanie był to swego rodzaju festiwal reżyserskich pomysłów. Nie będzie to wielkim spoilerem, jeśli zdradzę kilka z nich (fabuły jako takiej tutaj nie było, więc ciężko tu mówić o „spoilerze”).

Ruchoma ściana – jedna ze ścian było zamontowana na zawiasie, tak że można ją było położyć na ziemi otwierając przestrzeń, albo postawić i ograniczyć scenę. Można było również zrobić z niej równie pochyłą i zjeżdżać z niej. Co oczywiście wykorzystano i aktorzy w jednej ze scen, używając sterty poduszek, radośnie zsuwali się na podłogę.

Ściana miała również otwory, w które można była włożyć bolce tworząc tym samym ściankę wspinaczkową. Absolutnie genialne.

W jednej ze scen, aktorzy odgrywają rodzaj maszynowego dialogu – mężczyzna i kobieta siedzieli na krzesłach, jedno wstawało podchodziło do mikrofonu, wypowiadało kwestie i wracało tworząc figurę, w tym czasie drugie już wstawało i odpowiadało. Ten mechanizm trwał dobre 5 minut po czym się zapętlał. Cała magia polega na tym, że jednocześnie na projektorze wyświetlana była ta sama scena widziana okiem kamery. Niby nic nowego, ale niespodzianka pojawia się wtedy kiedy zostaje włączony dźwięk i okazuje się, że to co widzimy na obrazie z projektora jest nagraniem (bo dźwięk z nagrania nie pokrywa się z kwestiami wypowiadanymi na żywo przez aktorów). Nie wiem czy nagranie zrobiono wcześniej czy na żywo podczas grania spektaklu (nie zauważyłem cięcia i raczej byłoby to technicznie ciężko zrobić, ale kto wie).

W każdym razie w pewnym momencie równolegle idzie nagranie i aktorzy na żywo, tworząc efekt echa. Potem dochodzą kolejne komplikacje i zmiany, a na koniec kobieta i mężczyzna wymieniają się z innymi postaciami (odgrywającymi Tocquevilla) – cały czas powtarzając „rytuał”. Niestety w którymś momencie następuje zgrzyt i figury przez chwilę jakby się mylą (nie odpowiadają tym z nagrania). Specjalnie czy przez pomyłkę? Kto wie, magia teatru.
Efekt echa i odgrywanie na żywo skonfrontowane z nagraniem wyjątkowo przypadły mi do gustu. Pomimo że scena się dłużyła, można było dostrzec w niej piękno szczegółu i dopracowania.

To zresztą nie wszystkie zabawy z nagrywaniem. Wideo grało w spektaklu rolę na równi ważną jak aktorzy. Czasami to aktor dopełniał wideo wprowadzając swoją narrację, innym razem wideo było warstwą dźwiękową dla aktorów. W jednej ze scen aktorzy jedzą w milczeniu, siedząc przy dwóch stołach, a na obrazie projektora wyświetlony jest fragment kolacji i rozmów przy niej, zarejestrowany podczas wyjazdu zespołu do ameryki.

Jest jeszcze mój ulubiony chwyt, czyli żywy aktor, który rozmawia z postacią wcześniej nagraną. Tutaj trochę przerwy między wypowiedziami były zbyt długie, co podkreślało sztuczność konwersacji, ale z drugiej strony nie chodziło tu bynajmniej o to byśmy uwierzyli, że osoba z nagrania naprawdę dyskutuje z aktorką.

Urzekło mnie również wykorzystanie greenscreenu – proste, ale zapadające w pamięć. Aktorzy zarzucili na ścianę zieloną płachtę, pozostała cześć zespołu ustawiła się na jej tyle, operator kamery (którym był sam reżyser) nakierowuje obiektyw na trójkę odgrywających, szybkie podmienienie zieleni na fragment filmu z ameryki i rzucenie efektu na ścianę prosto z rzutnika. Czy to miało sens? Ja go nie odczytałem. Ale forma była ciekawa.

Podobała mi się również obecność Grzegorza Laszuka. W pierwszej scenie wcielił się w rolę dyrygenta (aktorzy śpiewali), bardzo wyraźnie zaznaczając swoja pozycję. Potem jego rola sprowadzała się do zadań technicznego – operowanie kamerą, stawianie ruchomej ściany, sprzątanie przestrzeni. Niemniej jego obecność była wyczuwalna. Na koniec powiedział nawet kilka słów również w pomniejszej roli. Nadzorował, pomagał, opiekował się zespołem. Ale w żadnym momencie nie ingerował w ich działania – nie chrząkał jak Lupa, ani nie komentował jak Kantor, po prostu był.

Na koniec pojawiało się również nawiązanie do akcji Akademii Ruchu „Człowiek i jego rzeczy”. Aktorka przyklejała zdjęcia przedmiotów codziennego użytku na ścianie. Poza samą „fajnością” pomysłu, w pamięć zapadła mi precyzja z jaką to robiła. Zdjęć był kilkanaście – żadne nie upadło, taśma się nie zawinęła, ani nie odkleiła. Nawet jej ruchy zdawały się być cały czas takie same – nazwanie przedmiotu, odklejenie kawałka taśmy ze statywu na mikrofon, podejście do ściany, przyklejenie górnego fragmentu taśmy do ściany, przystawienie zdjęcia, doklejanie taśmy.

Ta powtarzalność, wyrobienie, rutyna w spektaklu pojawia się nie tylko w słowach, ale i w samej formie. Skojarzyła mi się z wnoszeniem roweru do mieszkania – też mam swój mechanicznie wyuczony sposób, którą nogą odpycham drzwi, w którym momencie zapalam światło na klatce, wszystko jak w zegarku. Życie codzienne.

Dla mnie największym problem było, to że zabrakło tu ciągłości i kontynuacji. Po każdej scenie następowało „czyszczenie” i kolejna scena zaczynała od zera. Po tym jak kończy się scena, w której bohaterka przykleja na ścianie zdjęcia swoich rzeczy, wchodzi reżyser i na ściemnieniu zdejmuje fotki. Kolejna scena zaczyna się już bez nich. Lubię kiedy scena się zmienia, kiedy sensy się nakładają i obserwujemy żywy świat. Tutaj regularność „czyszczenia” sugerowała, że jest to świadomy zabieg. Niemniej miałem wrażenie, że wszystkie te czynności do niczego nie prowadzą. W którymś momencie dwójka aktorów wtyka drewniane kijki w ruchomą ścianę, tylko po to, żeby później inna postać pobawiła się nimi przez 5 sekund, a potem wepchnęła do środka. Nie powstała żadna konstrukcja, żadne głębsze znaczenie.

Ale może o to chodziło. W końcu to życie codzienne. Ile razy zaczynamy różne czynności, które zdają się nie mieć sensu. Ile razy nie kończymy rzeczy, a gdy budzimy się rano zapominamy o nich, „wyczyszczając scenę”. Bez głębszych znaczeń.

Trochę też czułem zmarnowany potencjał. Z mojej perspektywy. Artyści stworzyli na scenie prawdziwy plac zabaw – ruchoma, śliska ściana to raj, jeśli pomyśleć ile ciekawych akcji ruchowych można byłoby na niej zrobić. Greenscreen, filmy wideo, chodzenie po ścianie – każda z tych rzeczy daje ogromne możliwości, otwiera nową perspektywę dla ciała i akcji ruchowych.

Ale znów. W życiu codziennym regularnie marnujemy szanse, nie wykorzystujemy potencjału. Mamy w domach rzeczy, z których moglibyśmy robić arcydzieła albo użyć do zrobienia czegoś zwyczajnie fajnego. A jak jest? Zbierają kurz.

Życie codzienne na Facebooku

Wróciłem do domu i jak to zwykle bywa chciałem dowiedzieć się czegoś więcej o aktorach. Niestety strona Komuny nie dostarcza żadnych informacji w tej kwestii. Udałem się więc na Facebooka i szybko trafiłem na otagowane zdjęcie skąd była już prosta droga do prywatnych profili aktorów i reżysera.

I trochę się zdziwiłem. Profile miały mocne nacechowanie polityczne. Linkowane artykuły, polubione strony, publikowane wpisy, nawet zdjęcia profilowe i w tle – wszystko to pokazywało, że ekipa jest mocno zaangażowana politycznie.

No i dobrze, teatr zaangażowany.
Zresztą co to za różnica? To aktorzy, mogą być kim chcą w życiu prywatnym.
Co mnie to w ogóle obchodzi.
Świadomie zadaję sobie pytanie „czemu nie?”, podświadomie czuję, że coś mi w tym nie pasuje. I weź tu pogódź jedno z drugim.

Bez względu na to jak to odbierać, ten pospektaklowy „stalking” sprawił, że mój odbiór samego „Tocqueville…” nieco się zmienił. Pomyślałem wtedy, że to ciekawe, że na to jak widzimy spektakl nie działa tylko to co przed (długie kolejki), w trakcie (poza samym widowiskiem, również cała otoczka jak niewygodne siedzenia, intensywne perfumy pani siedzącej obok itp.), ale również po. Nie jest to żadne odkrycie, ale wydaję mi się, że na każdy z tych elementów da się wpływać, a przez to modyfikować odczucia widza w każdym momencie odbioru spektaklu. W końcu profile aktorów mogły być fałszywe, świadomie ucharakteryzowane. Duże pole do popisu, mam już nawet kilka pomysłów.

Życie codzienne biednego artysty

Jeszcze jedno mnie uderzyło. Komuna//Warszawa to ponoć jeden z najsławniejszych teatrów niezależnych. Coby nie mówić jak na teatr niezależny dorobili się całkiem niezłego sprzętu. Reflektory, cała technika w stylu rzutniki (mają nawet zewnętrzne, automatyczne zasłonki do obiektywu – ZAZDROŚĆ), djka, głośniki. Jak oglądałem całe zaplecze (było dosyć dobrze widoczne z widowni, a mnie takie rzeczy często interesują bardziej niż spektakl…) to kupa forsy musiała na to pójść. Scenografia też do najtańszych nie należała. Ciekawe ile nam czasu zajmie, żeby w ogóle doprowadzić nasze miejsce do stanu „grywalnego”.  A żeby tak mieć ze dwa reflektorki i konsoletę? Marzenia.

Za to widownie mają do bani. Pomijam kwestie pojemności, ale brak oparcia to zabójstwo dla moich pleców.

Życie codzienne w szerszym kontekście

Spektakl został zrealizowany w ramach projektu „My, mieszczanie”, który w zamierzeniu ma trafiać do polskich mieszczan. Dla mnie największy problem polega na tym, że ja nie wiem kim jest „polski mieszanin”. Czy ja nim jestem? Czy w ogóle mamy mieszczan w Polsce?

Być może pierwszy spektakl („Tocqueville…” był drugim) cyklu, którego niestety nie widziałem, dawał odpowiedzi na te pytania. Ja jednak czułem pewien niedosyt i brak podłoża, na którym mógłbym „Tocqueville…” zacząć rozumieć.

Dlatego tym chętniej wybiorę się 7 listopada na ostatni już, trzeci spektakl w ramach „My, mieszczanie”. Może tym razem poza zbiorem pomysłów, znajdę jakieś odpowiedzi.

PS: Wpis zamieszczam w kategorii „teatr fizyczny”, mimo że fizyczności aż tak dużo nie było w „Tocqueville…”. Niemniej jak już mówiłem we wstępie, na teatr zawsze patrzę z perspektywy fizyczności.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s